Jazzowa historia grzebienia
„Jazzowa historia grzebienia” tak zatytułowane są warsztaty muzyczne mające pokazać muzykę tkwiącą w – często pogardzanych- przedmiotach codziennego użytku lub instrumentach zrobionych, małym nakładem sił i środków, z takich właśnie przedmiotów.
MOJE INSPIRACJE
Inspiracją tu były z jednej strony wspomnienia z mojego dzieciństwa, kiedy zafascynowany orkiestrami dętymi tworzyłem z kolegami z podwórka nasze parady. Instrumentami były, oczywiście, podkradane mamom pokrywki, garnki, tłuczki, tarki, walizki, lejki i grzebienie. Dopiero po wielu latach, czytając książki Leopolda Tyrmanda „U brzegów jazzu” oraz Louisa Armstronga „Moje życie w Nowym Orleanie”, zrozumiałem, jak ważnym doświadczeniem jest to dziecięce granie na czym się da. To była ta druga poważna inspiracja.
„JUG-BAND”
Zbudowałem zatem wiele takich instrumentów, biorąc za wzór instrumentarium tzw. „jug-band”, czyli prymitywnych orkiestr bluesowych. Wyszedłem tu z założenia, że protoplastą współczesnej – najchętniej słuchanej – muzyki rozrywkowej, jest właśnie amerykański, czarny blues, praprzodek jazzu, rocka i tak dalej, aż do dzisiejszych odmian muzyki rytmicznej. W czasie spotkań przedstawiam oryginalne nagrania archaicznych zespołów bluesowych i jazzowych, prezentuję instrumenty, uczę gry na nich – i zachęcam do budowania podobnych.
Warsztaty pełne są hałasu, ale przede wszystkim fascynacji możliwością tworzenia dźwięków. Nigdy nie zapomnę np. spotkania z dziećmi niewidomymi, ich radości z tego, że mogą same grać, że z tego grania wychodzi nawet jakaś muzyka !
INSTRUMENTY
A przecież te instrumenty znajdują się często dookoła nas: stara tarka do prania, która stała się nieomal symbolem starego jazzu, kazoo (coś w rodzaju grzebienia), które można sobie zrobić z obciągniętej folią rurki, obciętej butelki lub z lejka, a które święciło tryumfy w orkiestrach skiffle’owych a wcześniej w chłopięcych tzw. „spasm – band” na ulicach Nowego Orleanu lub całkiem dorosłych „jug – band” w Memphis. Albo „wash – tub – bass”, czyli kontrabas z balii, kija od miotły i sznurka, który był bardzo popularny wśród muzyków delty Missisipi. Do tego wszelkie pudła, walizki, pokrywki i masa innych instrumentów perkusyjnych.
Proszę mi wierzyć, wyżej cenię umiejętność gry na prymitywnej fujarce z wierzby niż na „elektronicznym parapecie klawiszowym”, imitującym inne instrumenty. Różnica jest dokładnie taka, jak między żywym słowikiem a tym sztucznym ze znanej baśni Andersena.
I do tego staram się przekonać młodych uczestników moich warsztatów muzycznych.
RADOŚĆ I DUMA
Warsztat jaki prowadzę nie jest adresowany do określonej grupy wiekowej czy do uczestników z przygotowaniem muzycznym. Chcę jednak dać im umiejętność posługiwania się nawet najprostszymi „narzędziami muzycznymi” Jedynym wymogiem jest chęć wspólnej zabawy, której staram się nauczyć uczestników warsztatów.





